Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych trwa. Odbyły się pierwsze, krakowskie przedstawienia

Dariusz Pawłowski
Znakomici Krystian Durman (z lewej) i Juliusz Chrząstowski w przedstawieniu „Triumf woli”, które otworzyło Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi
Znakomici Krystian Durman (z lewej) i Juliusz Chrząstowski w przedstawieniu „Triumf woli”, które otworzyło Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi agda Hueckel/Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie
Udostępnij:
4 marca rozpoczął się XXIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych organizowany przez Teatr Powszechny w Łodzi. Odbyły się już pierwsze przedstawienia.

Najpierw zagrzmiało i załomotało, by chwilę potem napięcie na widowni zaczęło się podnosić, a publiczność została porwana do teatralnej zabawy. Efektownym akcentem rozpoczął się w sobotę w łódzkim Teatrze Powszechnym XXIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. A co najważniejsze, w atmosferze euforycznego poczucia wolności i nieustannej siły teatru.

Sceniczną inaugurację festiwalu poprzedził wernisaż wystawy „Awangarda to stan umysłu”, zaprezentowanej w foyer Teatru Powszechnego. Interaktywna ekspozycja prezentuje artystów, którzy z awangardy i potrzeby sprzeciwiania się temu, co zastane, uczynili sens swojej twórczości. Przedstawiono tu m.in. Arthura Rimbauda, Mirona Białoszewskiego, Jerzego Grotowskiego, Wernera Herzoga, Georgija Gurdijewa. Zajmująca wystawa powstała w koprodukcji z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie i będzie prezentowana w Teatrze Powszechnym do lipca.

Przy ul. Kilińskiego powstał festiwalowy mural [zdjęcia]

Pierwszym festiwalowym przedstawieniem był spektakl „Triumf woli”, przygotowany w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie przez duet Monika Strzępka (reżyseria) i Paweł Demirski (tekst). Rozpoczynające się Szekspirowską burzą, której konsekwencją jest współczesna katastrofa samolotu, raduje pozytywnym przekazem. Ocalali pasażerowie, na wyspie pośrodku oceanu, odbudowują wiarę w istnienie (i w siebie nawzajem) opowiadając sobie historie o ludziach, którzy wykazali się hartem ducha i determinacją woli. W grupie od początku są entuzjaści i malkontenci, pewni swego i wycofani, pogodzeni i przestraszeni. Rozbici jako społeczność, ratunek znajdują w opowiadaniu. I słuchaniu. Po raz kolejny okazuje się, że najprostsza forma komunikacji, gdy zawiera w sobie chęć usłyszenia drugiej strony, niesie ze sobą pojednanie. Widowisko buzuje fantastyczną energią, potęgą zespołowego grania i współpracy, Strzępka i Demirski pokazali, że posiadają również poczucie humoru, na scenie mieszają się konwencje, całość jest hołdem dla możliwości teatru. W warstwie literackiej to rzecz oczywista, bez takiego grzebania w ludzkiej naturze, jak to było u Szekspira (może dlatego ten w przedstawieniu tak bardzo pije), ale wybrane przez autora historie o pokonywaniu przeciwieństw są niezwykle nośne i mają w sobie tak duży ładunek afirmacyjny, że trudno kręcić nosem. A gdy dorzuci się do przedsięwzięcia nieco żywego grania z rockowym pazurem, wystarczy, by poderwać publiczność do owacji na stojąco. Strzępka i Demirski pozostawiają rozbawioną widownię z najważniejszym przesłaniem, wygłaszanym przez neandertalczyka, ale przecież zawsze aktualnym: „Tylko tego nie spierdolcie!”. A nie da się ukryć, że w tym akurat jesteśmy mistrzami świata...

"Iluzje" Iwana Wyrypajewa na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych

Na przeciwnym biegunie emocji (choć w warstwie igrania kulisami teatru do Strzępki i Demirskiego nawiązujące) umiejscowione zostało kolejne festiwalowe przedstawienie z Krakowa - „Wszystko o mojej matce” Tomasza Śpiewaka w reżyserii Michała Borczucha - z Teatru Łaźnia Nowa, które mogliśmy zobaczyć w niedzielę. Kanwą scenicznej opowieści są historie śmierci matek Michała Borczucha i aktora Krzysztofa Zarzeckiego. Twórcy widowiska starają się jednak zamienić osobiste pożegnania na uniwersalną wypowiedź o niemożności... wypowiedzenia swojego żalu i rozpaczy, w czym właśnie teatr, jako przestrzeń nadawania znaczenia nienazwanemu, a czasem autoterapii, pomóc może najbardziej. Przedstawienie oddziałuje konstrukcją i nastrojem, choć Borczuch ponownie pokazał, że nie ma umiaru w rozciąganiu poszczególnych scen, układa kilka zakończeń czy w prowadzeniu aktorów kończy na sztuczkach i grepsach, ale zarazem nieustannie zastanawia się nad teatralną rzeczywistością, odkrywa ją, buduje i demontuje. Warto może poczekać, do czego to kiedyś artystę doprowadzi...

Następne przedstawienie festiwalu to „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” z Teatru Polskiego w Bydgoszczy, które będzie można zobaczyć 12 marca, w Teatrze Powszechnym.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie